sobota, 25 grudnia 2010

Wesołych!

 

Kochani! 
Życzę Wam wesołych, magicznych i zdrowych świąt! 

Byście zawsze mogli postępować tak, jak chcecie Wy, a nie reszta świata :)

Wasza mała Aria

wtorek, 14 grudnia 2010

Zaplątani [2010]


‘Too weak to handle myself out there, huh, Mother? 
Well... tell that to my frying pan!’

O czym marzy księżniczka? O lampionach! Co robi księżniczka? Sprząta, gotuje, maluje! Czym walczy księżniczka? Patelnią!
Co? Nie wiecie o czym mówię? To pewnie dlatego, że nie oglądaliście jeszcze „Zaplątanych”. No to sio do kina! Chociaż nie! Stop! Przeczytać recenzje, a potem sio do kina! ;)

Niczym najwspanialsza siostra na świecie poszłam do kina z młodszym bratem i rzecz jasna trafiłam na salę pełną dzieci. A najpiękniejsze jest to, że śmiałam się najgłośniej z całej gromady. O tak, nie spodziewałam się, że film będzie aż tak dobry! Ale po kolei.

Historię Roszpunki, spisaną przez braci Grimm, zna każdy. Mała dziewczynka została zabrana od rodziców i zamknięta w wysokiej wieży przez złą czarownicę. Do owej wieży wspiąć się można tylko i wyłącznie po długich włosach Roszpunki i robi to tylko i wyłącznie jej nowa opiekunka. Ale do czasu.
Dodajcie do tego szczyptę Disneya, a otrzymamy zadziorną pannę o wielgachnych oczach i metrach złocistych włosów, szarmanckiego złodzieja z uroczym poczuciem humoru i… konia! Groźnego i walecznego konia, który węszy, kopie i gryzie. Prawda, że urocze?

Zastanawiam się, jak to Disneyowi udaje się po raz pięćdziesiąty wlepić wartości „miłość, marzenia, dobro” w nowe szaty i stworzyć kolejne arcydzieło. Bo wciąż bazujemy na tym samym schemacie, na dualizmie dobrego i złego, na zwycięstwie wiadomo czego nad czym. Zapewne wynika to z geniuszu pewnego pana o imieniu Walt Disney. Bo od „Królewny Śnieżki” zaczynając, nie daje nam się nudzić.

Mówiłam o miłości, marzeniach i dobrze, tak? Ale już śpieszę was zapewnić, że nie ma tu oklepanej księżniczki, jest za to bosonoga panna z ogromnym uśmiechem, która dzielnie walczy patelnią. Nie ma księcia na białym koniu, ale jest złodziejaszek o uwodzicielskim foszku. I… Tak! To on! Jest biały koń! I koń dostaje Oskara! (Bo nie ma już książąt na białych koniach, zostały same konie. Ale za to jakie!)
„Zaplątani” to bajka, która budzi w nas przeróżne uczucia. Można tu płakać ze śmiechu, a można po prostu płakać. Można śmiać się z ludzkich dylematów, a można zobaczyć teorię Freuda. Można uśmiechać się melancholijnie na oklepane hasła, a można wykrzykiwać je razem z Roszpunką. I przede wszystkim, można się świetnie bawić i cieszyć oko pięknem animacji.

Naprawdę polecam tę baję. Jest optymistyczna do granic możliwości, dobra i poważna zarazem. Piękne jest to, że choć oklepane, pewne wartości wciąż są obecne we współczesnym świecie. Bo przecież miłość, marzenia i dobrość to poniekąd trzy stałe naszej egzystencji. Idźcie więc na „Zaplątanych”. Zbierzcie ze sobą swoje dzieci – niech się pośmieją. Weźcie rodziców – niech przypomną sobie czasy dzieciństwa. Zaproście dziewczynę – z pewnością uroni łezkę. Chłopaka – bo nazwa „Roszpunka” została zmieniona na „Zaplątanych”, by nie odstraszyć męską część widowni. I w końcu weźcie mnie! Bo chcę iść jeszcze raz!

Mother Gothel: Look in that mirror. I see a strong, confident, beautiful young lady.
[Rapunzel smiles]
Mother Gothel: Oh look, you're here too.


wtorek, 7 grudnia 2010

Zaskoczony radością – C.S. Lewis


Powiedzieć, że Lewis jest moim ulubionym pisarzem, to tak, jakby stwierdzić, że lubię chleb z masłem. Zjadam kromkę i sięgam po następną. Okruszki spadają ze stołu. Żołądek trafi. I koniec.
Książki Lewisa nie są dla mnie czymś, co czytam i odkładam na półkę. Bo ten autor już dawno przestał być dla mnie ulubionym pisarzem, stał się czymś o wiele bliższym. I śmieszne może wydać się to, że uważam spotkanie z Lewisem za jedną ze wspanialszych rzeczy, jaka mnie spotka po śmierci.

Przyjaciół łączy zaufanie. Ono także łączy czytelnika i pisarza, który pisze autobiografię. Każdy opowiada o sobie inaczej. A jak opowiada Lewis? On poraża niesamowitą szczerością i otwartością. Pięknem w szczegółach i mądrością w pominięciach. Otwiera się przed nami w „Zaskoczonym radością” i opowiada o całym swoim życiu, o drodze do wiary, o ateizmie, miłości do książek, pisarstwie, rodzinie, bólu i radości. To, co pomija, nie jest ukryciem czegokolwiek przed czytelnikiem. Głównie skupia się w tej książce na swojej wierze. Lecz czymże jest wiara, jak nie naszym życiem, doświadczeniem i myślą.

Lewis nie tylko opowiada o swoim życiu, on także tłumaczy siebie, wewnętrzne paradoksy i zmiany myślenia. Układa swoją osobowość z wielu elementów, na które składają się głównie książki i ludzie. Jesteśmy niczym, bez tych, którzy nas otaczają, prawda?
Ale nie tylko o Lewisie możemy poczytać w tej książce. Mówiąc o swoim życiu, pisarz w rzetelny i dokładny sposób ukazuje nam realia panujące na przełomie XIX i XX wieku. Pokazuje świat oczami małego chłopca, jego myśli, emocje, przeżycia. Jak to jest dorastać? To jest tak, że masz ogromne problemy, które dorośli za problemy nie uważają. Myślę, że każdy z nas to przeżył. A mimo to, wewnętrzny świat małego Lewisa potrafi wstrząsną czytelnikiem i wywołać współczucie oraz podziw.
Bardzo ciekawa jest opowieść o tamtejszych szkołach. Jack snuje swoją opowieść przedstawiając ją z perspektywy małego chłopca, choć widzi swoje wspomnienia dojrzałym okiem. Jednak zależy mu na rzetelności, na dokładnym ukazaniu swojego sposobu myślenia, który zaprowadził go do stania się prawdziwym chrześcijaninem.

„Zaskoczony radością” to jedna z lepszych książek, jakie czytałam tego autora. Jej głównym atutem jest przede wszystkim żywość i szczerość. Lewis nie próbuje pokazać, jaki to on jest mądry czy wspaniały (choć owszem, jest! Ale nie musi tego pokazywać, ponieważ to widać gołym okiem). Pokazuje prawdę o sobie samym i owa prawda zachwyca, zaciekawia i intryguje. A sam Jack staje się nam jeszcze bliższy.


Esprit dziękuję za możliwość napisania recenzji :) 

sobota, 4 grudnia 2010

Kwiat pustyni – Waris Dirie / film [2008]

"Poczułam w sobie niespożytą siłę. Nie znasz takiej siły, dopóki cię ktoś nie zaatakuje, nie spróbuje Cię zabić, zniewolić. Dopóki coś takiego się nie wydarzy, nikt nie wie, jak może być silny" 
(Kwiat pustyni – Waris Dirie)


„Kwiat pustyni” przeczytałam będąc jeszcze w gimnazjum i pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie ta książka. Czytając historię Waris czułam, jak wszystkie codzienne problemy, z którymi się borykałam i borykam w życiu małej kobiety, nagle zaczęły blaknąć. Naprawdę mamy szczęście mieszkać w krajach, gdzie mężczyźni nie mają prawa traktować nas przedmiotowo. Życie Waris było inne…

Urodziła się w 1965 roku w Somalii, na pustyni. W miejscu, gdzie kobieta jest przedmiotem, a mężczyzna jej panem. W wieku trzech lat została poddana obrzezaniu. Czynu makabrycznemu, który uczyniła kobieta kobiecie, bo taka była wola mężczyzny. Sprawiało to, że kobieta stawała się czysta.
To była tradycja, matka i siostry Waris także przez to przeszły i nie wszystkie to przeżyły. Tak po prostu było i nikt z tym nie walczył. Dziewczynka sprzeciwiła się dopiero gdy jej ojciec zachciał wydać ją za mąż za starszego mężczyznę. Wtedy właśnie uciekła. Powiedziała swojemu życiu „nie!” i skierowała oczy ku światu, do którego droga leżała nie tylko przez pustynię.


Myślę, że dziś każdy zna historię Waris Dirie, modeliki, pisarki, ambasadorki ONZ i po prostu kobiety. Kobiety w każdym calu. Kobiety, którą spotkała ogromna krzywda, ale która potrafiła powiedzieć o tym głośno, oznajmić światu o problemu obrzezania i zacząć z nim walczyć. Тak właśnie powstała autobiograficzna książka „Kwiat pustyni”, a w 2009 roku powstał film na jej podstawie.

Kiedy zaczynałam go oglądać, bałam się. Bałam się tego, co może pokazać. Czytać to jedno, zobaczyć to drugie. Już od pierwszych kadrów historia Waris porywa na nowo. I uderza kontrast – tragiczność i piękno. O tak, film „Kwiat pustyni” jest przepiękny. Krajobrazy, aktorzy, ich ruchy – wszystko jest niesamowicie piękne i na każdy oddzielny kard można patrzeć jak na obraz.
Grze aktorskiej Liyi Kebede (Waris) i Sally Hawkins (Marylin) mogłabym klaskać na stojąco. To, co te panie uczyniły w filmie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie dało się oderwać od nich oczu, nie tylko przez to, jak odtwarzały swoje role, ale także przez ich piękno i ogromną charyzmę.

Nie będę wam rozprawiać o muzyce czy scenografii, przyznam szczerze, że sama historia pokazywana w filmie za bardzo mną zawładnęła. Były sceny, kiedy człowiek zapomina o oddychaniu. Scena, gdzie Waris odkrywa, że nie wszystkie kobiety na świecie są poddawane obrzezaniu. Scena, gdzie trafia do ginekologa nękana strasznymi bólami, a somalijski pielęgniarz tłumacząc słowa lekarza o możliwości operacji i uratowania jej, pyta w ojczystym języku, jak ona może obnażać się przed innym mężczyzną, jak może tak bezcześcić swoją rodzinę i tradycję. Takie momenty poruszają i czuje się strach. Strach o wszystkie kobiety na świecie, które muszą mieć małe stopy lub czynić inne makabryczne rzeczy, by być „pięknymi”. I powstaje pytanie – dlaczego kobiety?  Dlaczego muszą tak cierpieć? Czy są gorsze?

Rzucam te pytania w przestrzeń. Bo jaka ma być na nie odpowiedź? Że kobieta jest kwiatem? Masą niesamowitych emocją, eksplozją uczuć, pięknem zaklętym w duszy? Te słowa nie zmienią tego, że w Somalii wciąż małe dziewczynki muszą przejść przez obrzęd obrzezania, by móc być czystą dla swojego mężczyzny.



wtorek, 30 listopada 2010

Książę Mgły – Carlos Ruiz Zafón


Dla mnie Zafón jest mistrzem obrazów. Jego powieści nie czyta się, je się widzi. Widzi się zakurzony cmentarz książek, mężczyznę piszącego na maszynce bez opamiętania, dziewczynkę wyłaniającą się z mgły na rowerze i ogród pełen pomników… Te obrazy, jakkolwiek są nieuchwytne, zostają w pamięci na zawsze. Można zapomnieć główny wątek, ale one zostaną. Nie bohaterzy, nie przesłanie, nie miejsce akcji, a właśnie obrazy. Krótkie, nieuchwytne sceny, przepełnione magią rzeczywistą, czyli taką, która ma miejsce w naszym racjonalnym życiu.
A i tytuły książek Zafóna są tak samo nierzeczywiste. Bo czy wiatr ma cień? A czy anioł może prowadzić grę? I Marina – dziewczynka tak nierzeczywista jak mgła, z której się wyłoniła jadąc na rowerze. I Książę, który jest panem czegoś niemal niematerialnego. Bo czy można rządzić mgłą? Można. I o tym chcę Wam dziś opowiedzieć.

Rozbijasz kamieniem starą kłódkę i wchodzisz do opustoszałego ogrodu. Chwasty zarosły wszystko, co niegdyś pieszczotliwie pielęgnował pilny ogrodnik. Mgła wypełnia ogród niczym oddech, a w niej widzisz posągi. Martwe, nieporuszone posągi cyrkowców. Klown, miotacz noży, kobieta guma. Tak ekspresywna sztuka zaklęta w kamienny bezruch zdaje się niemal szyderstwem. Ale… Chwila! Czy… Czy ten klown się poruszył?

Carlos Ruiz Zafón zachwycił cały świat „Cieniem wiatru”, jednak to nie ta książka była jego debiutancką powieścią. Drzwi do miana pisarza otworzył twórcy „Książę Mgły”. Doczekaliśmy się jego wydania dopiero po trzech innych tytułach Zafóna. I powiem Wam, że warto było czekać.
Wszystkie księgarnie zgodnie okrzyknęły „Księcia Mgły” powieścią dla młodzieży. A i sam Zafón nie zaprzecza temu, pisząc we wstępie do książki: „choć powstały z myślą o młodym odbiorcy, miałem nadzieję, że przypadną do gustu wszystkim, bez względu na wiek.” Osobiście przekroczyłam już uroczy wiek młodzieży i mogę z dumą nosić miano dwudziestoparolatki, a mimo to „Książę Mgły” poruszył całą mną.
Z początku wydawać by się mogło, że jest to faktycznie bardzo ciekawa pozycja dla młodzieży. Młody Max, jego starsza i młodsza siostra, przeprowadzka, nowy dom pełen tajemnic. I czyżby duchy? Aż się żałuje, że nie trzymało się tej książki będąc nastolatkiem.
Carlos Ruiz Zafón
Jednak z czasem bohaterowie zaczynają zaskakiwać głębią, jaka się kryje pod ich osobowościami, ciekawymi wyborami, zaskakującym tokiem myślenia. Nawet odwagą, która jest tak bardzo charakterystyczna dla bohaterów młodzieżowych, że aż przejaskrawiona, a u Zafóna wychodzi tak naturalna. Poznajemy siebie dopiero w sytuacjach ekstremalnych, czyż nie?
I do tego wszystkiego dodajcie magię. Magię przerażającą, zimną i opisaną w niezwykle rzeczywisty sposób. Tak, że jesteśmy w stanie w nią uwierzyć. Krok po kroku, wraz z bohaterami, powoli wpuszczamy do swojego umysłu możliwość istnienia czegoś nierealnego. A potem powstaje pytanie, co my byśmy zrobili na miejscu bohaterów Zafóna?

Czy można powiedzieć, że to powieść dla młodzieży? I tak, i nie. Myślę, że to pozycja dla każdego, nie ważne ile ma lat. „Książę Mgły” zaciekawia, wprowadza tajemnicę i zadaje pytania. I, jak to zwykł czynić Zafón, nie na każde jest odpowiedź. Są rzeczy nieuchwytne, tak jak mgła. Możliwe, że książka ta zaczyna się dla młodzieży, ale w trakcie jej czytania czytelnik zmienia się, i odkładając tę powieść, w jego oczach może pojawić się dojrzałość.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

sobota, 27 listopada 2010

Tancerka Degasa – Kathryn Wagner


„Wyobraźcie sobie, że kreski, które rysuje, zmuszają mnie do tańca (…). Niemal widzę, jak jego ręka wędruje w górę kartki, a ja w tym samym momencie czuję skurcz w nodze i wyobrażam sobie, że najmniejszy ruch jego nadgarstka przyniesie mi ulgę.”
(„Tancerka Degasa” Kathryn Wagner)

Tymi słowami Kathryn Wagner, młoda amerykańska pisarka, zaczyna snuć swoją opowieść. Otwiera przed czytelnikiem magiczny świat sztuki i pokazuje go nie jako wynik końcowy, którym możemy zachwycać się w muzeum, a od kuchni, od momentu, w którym wszystko się zaczyna…

Alexandrie pochodzi z biednej rodziny. Nie tylko z biednej, ale i z zadłużonej, co stawia ją w niekorzystnej sytuacji, jako kandydatkę na żonę. Jednak mała dziewczynka ma nieco inny cel w życiu – kocha taniec i nie zaspokaja ją tylko miłość do niego. Pragnie być najlepsza, zostać primabaleriną i podbić serca Paryżan. Ma w sobie tyle zaparcia, że, by wciąż pobierać lekcje, sprząta w szkole baletowej zamiast płacić pieniądze za naukę.
Spełnione marzenie składa cię z cichego westchnienia oraz długiej i mozolnej pracy. Alexandrie swoje marzenie spełniła, bo oto została przyjęta do Opery Paryskiej. Jednak w świecie sztuki marzenia mają to do siebie, że nigdy nie wyglądają tak, jak w naszej wyobraźni.

Edgar Degas - Cztery tancerki (1890)
Na pierwszy rzut oka różowa okładka książki przywołuje nam na myśl powieść, gdzie na pierwszy plan wysuwa się romans. Niech was to nie zmyli. „Tancerka Degasa” to przede wszystkim książka o sztuce, o dążeniu do swoich marzeń i o świecie, w którym niektóre marzenia nie mają racji bytu. I owszem, pojawia się tu także miłość, lecz miłość w szczególnym jej aspekcie. Przede wszystkim miłość twórcy do sztuki – skomplikowane, wyjątkowe uczucie, którego nie zrozumie nikt, poza samym twórcą. Pani Wagner przepięknie je pokazała, niekiedy utożsamiając niemal z szaleństwem, które kieruje mistrzem, nakazując mu iść po trupach do celu.
Obecna tu jest także inna miłość. Miłość do artysty. Czy można pokochać geniusza? Oczywiście. Jednak taka miłość skazana będzie na wieczne nieodwzajemnienie, bowiem twórca, kochając swoje dzieło i swoją sztukę, nie może się rozdrabniać na coś tak błahego jak uczucie do człowieka. Może kochać muzę, przelotnie i jedynie na chwilę.

Edgar Degas - Autoportret
Jednak nie jest to książka o miłości, przede wszystkim opowiada o sztuce. O pięknie i szkaradności baletu, gdzie nie zawsze to, co widzi widz, jest prawdą. Wagner mówi czytelnikowi o kulisach tej instytucji, skandalicznych prawach, które nią rządzą i o życiu baletnicy, kariera której kończy się w wieku dwudziestu pięciu lat.
Jest to także historia o Edgarze Degasie (1834-1917), francuskim malarzu i rzeźbiarzu, impresjoniście, obrazy którego porażają umiejętnością twórcy do uchwycenia przelotnej chwili. W „Tancerce Degasa” malarz ożywa, staje się postacią z krwi i kości, a nie tylko literkami w encyklopedii i obrazami na wystawach. Kathryn Wagner pisząc tę książkę, korzystała z „Degas Letters”, dzięki czemu narracja malarza jest wzbogacona własnymi słowami artysty. A sama okładka, która może być jakże zwodnicza, jeżeli chodzi o gatunek książki, jest niczym innym, jak „Primaballeriną” (1878) samego Degasa.

Jest w tej książce coś, co czyni ją niezwykle aktualną w obecnych czasach. Otóż bohaterowie na przykładzie własnego życia pokazują współczesnemu czytelnikowi, jaką wartość mają marzenia i dążenie do celu. I do jakiego celu dochodzi się, będąc wiernemu samemu sobie. Bo nie zawsze warto skakać z mostu, jeżeli skoczył z niego cały świat.

Edgar Degas - Błękitne tancerki (1899)

 Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

poniedziałek, 22 listopada 2010

Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman



Otworem stoją bramy nasze, niestrzeżone,
Do środka wpada przez nie zbity tłum,
Ludzi znad Wołgi, ze stepów, znad Donu,
Ludów z Hoang-Ho głosów słychać szum,
Malaje i Celtowie, i Teutoni,
Starego Świata opuszczają brzeg,
Przynoszą z sobą wiarę z obcych błoni,
Bogów, obrzędy, pasji dziwnych bieg,
Nasze ulice obce słyszą głosy,
Obce języki strachem jeżą włosy.
Głosy, co rodem z Wieży Babel są.

( Thomas Bailey Aldrich, “Niestrzeżone bramy”, 1882)




Na sam dźwięk nazwiska „Gaiman” mam ciarki, bo nigdy nie wiem, czym ten pisarz może zaskoczyć. Zanim sięgnęłam po „Amerykańskich bogów”, przeszłam przez „Gwiezdny pył”. „Nigdziebądź” i „Koralinę”, a Bogowie sobie leżeli i czekali… A gdy zaczęłam czytać tę książkę, wystraszyłam się, że przeczytam ją za szybko. Kocham tę powieść i chcę przeczytać ją po raz drugi, trzeci, czwarty…

„Nikt nie jest Amerykaninem – odparł Wednesday. – Nie z pochodzenia. Właśnie o to chodzi.”*

Gaiman stworzył mitologię dla Ameryki, budując książkę na podstawie jednego prostego pytania: „Co się dzieje z zapomnianymi bogami?”.
Czasy się zmieniają. Wierzymy w jedno, potem w drugie, ale wciąż wierzymy. Ciągamy swoich bogów za sobą po całym świecie, a potem o nich zapominamy i już mamy nowych. Ale co ze starymi? Co się dzieje z tymi, o których zapomnieliśmy? „"Oswoić" znaczy "stworzyć więzy". Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.”

Po Ameryce włóczą się smutni starzy bogowie, którzy przybyli tu ze Skandynawii, Afryki, Azji – zewsząd. Przyjechali tu za swoimi wyznawcami, a potem zostali zapomniani. Pojawili się nowi bogowie – bogowie Internetu, zakupów, telewizji. Bogowie, którym współczesny człowiek oddaje całego siebie. Jest się nad czym zastanowić prawda?

Poraża mnie ogrom pracy, jaką Gaiman włożył w tę książkę. Musiał zapewne przeczytać wszystkie mitologie świata. Poza tym zaskakuje jego wybór bogów, bo nie zdecydował się umieścić w książce najważniejsze bóstwa z każdego wyznania.  Poza tym nie wszystko jest podane na dłoni, jak się czytelnikowi wydaje. Czasami trzeba się zastanowić, pogłówkować, poszukać szczęki, która nagle spada na podłogę.  A do tego, wszystkie te poważne, głębokie i nierzadko filozoficzne sprawy, są opisane niezwykłym stylem Gaimana.

„- Jak mam się dostać do Egiptu?
- Wzdłuż Missisipi, na południe. Znajdź Szakala.
- Posłuchaj – rzekł Cień. – Nie chcę, żebyś pomyślał… Jezu… - Urwał. Zebrał myśli. Było mu zimno. Stał w środku lasu i rozmawiał z wielkim, czarnym ptakiem, który właśnie pożywiał się trupem Bambi.”*

O Cieniu, głównym bohaterze, można mówić wiele, a można nie powiedzieć nic. Ponieważ jest on cieniem – czasami niczym, a czasami wszystkim. Ta postać wydaje się być fenomenem. Raz jest zwykłym facetem, który spędził w więzieniu kilka lat, a raz intelektualistą-filozofem, który zna mitologie całego świata. Jest niczym Odyseusz, który nie ma poco wracać do Itaki, gdyż Penelopa nie żyje.

„Amerykańscy bogowie” to taka książka, którą nie chcę się kończyć, która zachęca do pogrzebania w mitologiach i która sama uczy oraz skłania do myślenia. Co się dzieje z zapomnianymi bogami? Czy istnieją wszystkie, czy jest Jeden o wielu imionach? Gaiman zadaje wiele pytań i na nie odpowiada, lub nie. Ta książka jest niezwykłą zabawą autora z czytelnikiem, jakbyśmy się ścigali z twórcą o szybkość odgadnięcia, którego boga on teraz opisuje. A bogów jest mnóstwo, bo widzicie, człowiek to taka istota, która nie może żyć bez wiary. Bogowie natomiast to stworzenia, które nie mogą żyć bez człowieka.

„Bogowie są wielcy, lecz serce jest większe, bo właśnie z niego przychodzą i do naszych serc powrócą.”*

_________________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman

czwartek, 18 listopada 2010

Lustrzane odbicie – Audrey Niffenegger


Wierzycie w duchy? W to, że po śmierci dusza nie odchodzi do nieba czy piekła, tylko snuje się po ziemi? W poruszające się ołówki, spadające książki, odgłosy kroków i zimny powiew? O duchach często opowiada się na biwaku, snuje się straszną opowieść, gdy wszyscy siedzą otuleni śpiworami i kocami. Bo pierwszym skojarzeniem z duchami jest strach. Niffenegger także napisała książkę o duchu, tylko u niej on nie wywołuje strachu. Stworzyła powieść o zjawiskach paranormalnych, które opisała w tak rzeczywisty sposób, że po przeczytaniu książki jestem gotowa traktować zjawy na porządku dziennym.

„Elspeth miała wrażenie, że znalazła się na progu przełomu. Od jakiegoś czasu bardzo poważnie zastanawiała się nad straszeniem. Istnieje pewna równowaga między jego estetyczną i praktyczną stroną.”*

„Lustrzane odbicie” skupia w sobie kilka historii. Historii ludzi, duchów i zabytków. Trzy mieszkania – trzy piętra. Na samej górze mieszka małżeństwo: Marijke i chory na agorafobię Martin. On zakleja okna gazetami, wciąż coś sprząta i poświęca godziny na prysznic, a ona kocha go, choć brakuje jej już sił na takie życie.
Na samym dole mieszka Robert. Pisze doktorat na temat cmentarza Highgate, który mieści się tuż przy domu, w którym mieszka. Jednak to nie cmentarz był powodem, dla którego wynajął to mieszkanie. Powodem była Elspeth – lokatorka mieszkająca tuż nad nim.
Elspeth i jej bliźniaczą siostrę Edie dzieli cały Atlantyk oraz coś tajemniczego sprzed lat. Nawiązują kontakt dopiero pod koniec życia Elspeth, umierającej na białaczkę. Po jej śmierci córki Edie dowiadują się, że odziedziczyły w Londynie mieszkanie po ciotce, której nigdy nie znały. Julia i Valentina, siostry bliźniaczki, cieszą się z tego spadku, z możliwości rozpoczęcia samodzielnego życia. Po pewnym czasie okazuje się, że ciotka zostawiła im mieszkanie z dodatkiem, nie wiedziała bowiem, że po śmierci zostanie uwięziona w tych murach jako duch.

Jak napisał w „Amerykańskich bogach” Neil Gaiman: „bliźnięta uważano za istoty magiczne”. I Niffenegger pokazuje nam, na czym owa magia polega. Wprowadza nas w tajemniczy świat bliźniąt, ich wzajemne relacje i nierozerwalny sposób patrzenia na świat, łączącą je więź oraz ukryte pragnienie zerwania tej więzi.

„Julia wyjęła szminkę i bez lusterka pomalowała usta. Podała sztyfcik siostrze, która zrobiła to samo. Popatrzyły na siebie. Julia uniosła dłoń i starła maleńką plamkę rozmazanej szminki z kącika ust bliźniaczki.”*

Jednym z bohaterów książki jest także londyński cmentarz Highgate, który stanowi nie tylko tło powieści, lecz wkracza w nią i zachęca czytelnika do wycieczki po nim. Uwielbiam książki, które nie tylko pozwalają mi miło spędzić czas, lecz także uczą czegoś nowego. A w „Lustrzanym odbiciu” mamy okazję wyruszyć na kilkustronicową wycieczkę po cmentarzu i poznać to miejsce nieco lepiej.

Audrey Niffenegger
Nie chciałabym porównywać tej książki do żadnej innej, jednak skojarzenie z „Trzynastą opowieścią” Diany Setterfield nasuwa się samo. Obie książki są utrzymane w gotyckim nastroju mrocznych tajemnic bliźniaczego życia. I jeżeli ze słów „Trzynastej opowieści” sączy się mroczny chłód pradawnych sekretów, chorej miłości do książek i czegoś nierzeczywistego, to w „Lustrzanym odbiciu” wszystko wydaje się mocno osadzone w realnym świecie, nawet duch.
Oryginalny tytuł powieści (‘Her Fearful Symmetry’) momentalnie nakierowuje czytelnika na wiersz Williama Blake’a „Tygrys” (‘The Tyger’). I nie tylko tytuł, lecz także sama treść, cały wątek bliźniąt, zdaje się odzwierciedlać w pewien sposób ów wiersz.

Marzenia ma każdy z nas. Ktoś chce się usamodzielnić, ktoś za kimś tęskni, a ktoś pragnie pozbyć się lęku. Audrey Niffenegger pokazała nam dążenie do tych marzeń, dążenie uparte, niepewne lub powolne. Każdy z bohaterów przeszedł własną drogę, dla jednych była to droga przez próg własnego mieszkania, dla innych – z grobu. Skutki były różne, czasami bowiem nie warto bić się o swoje cele na upartego, czasami warto nauczyć się cieszyć tym, co się ma.

________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Lustrzane odbicie” Audrey Niffenegger, Warszawa 2010

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

poniedziałek, 15 listopada 2010

Sługa Kości – Anne Rice

Nie pamiętałem Jeruzalem. Nie urodziłem się tam. Moja matka została wywieziona jako dziecko przez Nabuchodonozora wraz z całą naszą rodziną i plemieniem, a ja ujrzałem światło dzienne jako Hebrajczyk w Babilonie…”*

Kim jest Azriel nie wie nawet on sam. Duch, anioł, demon. Jest tym wszystkim i każdym z osobna. Kiedyś był śmiertelnikiem, pragnął uratować swój lud, poświęcił siebie, lecz tego nie wystarczyło. Musiał zostać Sługą Kości.
Istotę Sługi Kości nie można wytłumaczyć w kilku zdaniach, sam Azriel do końca nie mógł pojąć kim lub czym jest, dlaczego został tym kim jest i czemu ma służyć jego egzystencja. Jego życie rozpoczęło się wieki temu i płynęło przez tysiąclecia pokazując mu upadki i rozkwity wielkich i małych kultur. Teraz Azriel przyszedł do Jonathana, naukowca i pisarza, pragnąc opowiedzieć mu swoja historię.

Początek „Sługi Kości” do złudzenia przypomina „Wywiad wampirem”. Nieśmiertelna istota chce opowiedzieć o swoim wielowiekowym życiu śmiertelnikowi. Dyktafon zostaje włączony, taśma bezszelestnie rejestruje każdy dźwięk i zaczyna się opowieść. W tym miejscu podobieństwo się  kończy. Anne Rice stworzyła powieść, która nie przypomina niczego, co dotychczas zostało napisane. Opowiedziała czytelnikowi o życiu wiecznym w sposób inny, oryginalny i przyciągający.
Mimo mnóstwa historycznych faktów, przemyśleń bohatera i dialogów, poruszających fundamenty filozofii i istoty istnienia, książkę czyta się niczym thriller. Styl Rice sprawia, że przez te 430 stron płynie się lekko i nie chce się zatrzymać, wciąż pragnąć więcej. Azriel intryguje. W jednej chwili przepełnia go gniew, w następnej obdarza świat bezbrzeżną miłością. Jest zarazem egoistą i pokornym sługą Boga.
Rice prowadzi nas przez wieki pokazując pogańskie obrzędy, sposób myślenia człowieka na przestrzeni epok, ukazuje prawdę o sektach i zgubny fanatyzm. „Sługa Kości” i cale życie Azriela jest niczym układanka z miliona puzzli. On sam nie wie aż do końca, po co istnieje. Tak samo i czytelnik, śledząc jego życie, myśli że czyta o duchu, skrzywdzonym śmiertelniku skazanym na nieśmiertelność. Dopiero na ostatnich stronach otrzymujemy najważniejszy kawałek układanki i można poczuć dreszcze, czytając, do czego prowadziło Azriela jego życie.

W Anne Rice najbardziej zachwyca mnie jej umiejętność patrzenia na świat poprzez bieg dziejów. Widzi go w całości i jest zdolna nadać nieśmiertelnemu bohaterowi uczucia, myśli, charakter – cechy, które będą tak bardzo różniły go od śmiertelników. Według mnie jest to niezwykła zdolność, bo przecież pisząc o kimś, pisarz w pewnym stopniu sam staje się tą postacią, przejmuje jej myśli i uczuci. Rice robi to znakomicie, czytając jej książki wydaje się, że sami zaglądamy do umysłu istot, które nie mogą umrzeć. I jeżeli Louis z „Wywiadu z wampirem” sam podjął decyzję o swojej nieśmiertelności (w mniejszym lub większym stopniu będąc świadomym na co się zgadza), a potem przez wieki żałował i walczył ze swoją nową naturą, to Azriel nie miał takiego wyboru. Został skazany na nieśmiertelność i na bycie Sługą Kości, egzystencja którego jest jeszcze bardziej krwawa niż istota bycia wampirem. I przy tym Louis mógłby wielu rzeczy od Azriela się nauczyć, przede wszystkim pokory i pogodzenia się z tym, co nas w życiu spotyka. Nieważne czy tracimy życie czy własną śmiertelność, czy jesteśmy skazani na zabijanie, by przetrwać, czy stajemy się mordercą z przymusu, wszystko ma swój sens, cel, wszystko do czegoś prowadzi. Z początku Azriel nie rozumiał do czego, ale gdy wzniósł się wyżej, ujrzał istotę i logikę, zrozumiał, że przypadki nie istnieją, a „celem życia jest wiedzieć i kochać”**.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

_________________________________________
Cytaty pochodzą z:
*Anne Rice „Sługa Kości”, Rebis 2010, str. 30
**str. 117

czwartek, 11 listopada 2010

47 Samuraj - Stephen Hunter


"Stal tnie ciało/ stal tnie kości/ stal nie tnie stali.”*

Granice między państwami dzielą nie tylko na mapie kraje oznaczone innymi kolorami. Stanowią także wyrzeźbione mury pomiędzy mentalnością, kulturą, historią i ludźmi. Jeden krok i jesteś w zupełnie innym świecie, na innej planecie, wśród ludzi, których nigdy nie zrozumiesz, możesz znać ich język, ich przeszłość i teraźniejszość, ich zwyczaje, ale nigdy nie będziesz myśleć tak jak oni. A przecież zrobiłeś tylko jeden krok, przekroczyłeś granicę.

„47 Samuraj” to przede wszystkim historia o mieczu. O ostrzu, które 21 lutego 1945 zabłysło na wojnie między Japończykiem a Amerykaninem, a wiele lat później połączyło przyjaźnią ich synów, którzy szanowali i kochali swoich ojców, a do siebie nawzajem nie żywili niechęci za to, że jeden ojciec zabił drugiego.

„- Wiem tylko, że w czasie walki wszystko się miesza. Nigdy nie wiadomo, kto zrobił co. Oficjalne raporty zwykle dalekie są od prawdy.
- Wiem o tym. Równie dobrze mógł to być odłamek, rykoszet, kula snajpera i tuzin innych rzeczy, ale to nie ma znaczenia. Wiem też, że jeśli rzeczywiście zrobił to pański ojciec, to dlatego, że to był jego obowiązek, że nie miał innego wyjścia, że była wojna.”*

Jest to opowieść o dwóch krajach, Ameryce i Japonii, krajach, które wiele dzieli, które mogą fascynować się sobą nawzajem, jednak nigdy nie się nie zrozumieją, nie pojmą istoty istnienia tego drugiego. Swagger, Amerykanin, pragnął jednak to zmienić, wdarł się do Japonii z chęcią zrozumienia, z pragnieniem i z poczuciem obowiązku wobec czegoś, co wydarzyło się wiele lat temu i w czym on sam osobiście nie brał udziału. Ponieważ przodkowie i przeszłość są tak samo ważne jak i dla Amerykan, tak i dla Japończyków.

To historia o tym, że nie ważne jakiej jesteśmy narodowości, nadal jesteśmy ludźmi, mamy dwie ręce, dwie nogi i jedno serce. I wystarczy chcieć, by wszelkie granice znikły. A sprawiedliwość wszędzie jest taka sama.

„Słowo samuraj wciąż dodawało odwagi i wiary każdemu żołnierzami. Oznaczało dumę, honor, poświęcenie. Było warte więcej niż życie.”*

Woodcut Print, "Ronin Fending Off Arrows," 1869
„47 Samuraj” zaskakuje płynnością języka, opisane działania wojenne nie nużą, a są na tyle ciekawe, że nie sposób się od nich oderwać, wręcz się odczuwa niedosyt! Hunter zadziwił mnie swoją wiedzą o Japonii, wiedzą drobiazgową i dokładną. Ta książka może stanowić świetne preludium dla tych, którzy dopiero wkraczają w japoński świat, bowiem autor opowiada wszystko prostym językiem, tłumacząc i niekiedy zaznaczając przez usta bohaterów, że pewnych rzeczy z życia Japończyków nie da się zrozumieć.
Dla tych, których kraj ten intryguje już od dawna, książka ta może stanowić niezwykłą podróż do świata japońskich mieczy. Terminologia, części składowe, historia, sposoby walki, ciosy, strategie, cytaty znanych mistrzów – wszystko jest w tej książce i wszystko to zajmuje swoje określone miejsce, nie przeraża skomplikowanym nazewnictwem i swoja obfitością. Swagger wraz z czytelnikiem odkrywa kolejne warstwy japońskiej sztuki walki, co czyni tę historię otwartą dla każdego.
Co więcej w książce można znaleźć wiele ciekawych informacji o japońskich realiach, zwyczajach, kinematografii i historii, oraz, co najważniejsze, o sposobie, w jaki sami Japończycy odnoszą się do swojej przeszłości, która wciąż jest żywa w tym kraju.

„Czasami warto zatracić się w drobiazgach. Odcinają człowieka od świata i same stają się całym światem.”*

Między światem a Japonią zieje ogromna przepaść niezrozumienia. Obecnie coraz więcej ludzi ten kraj fascynuje, oglądamy anime, uczymy się hiragany i katakany, czytamy książki o Japonii i przez Japończyków napisane, ale czy tak naprawdę ją rozumiemy? Stephen Hunter, gaijin, pokazał nam kraj Kwitnącej Wiśni od zewnątrz i wewnątrz, oczami Boba Swaggera mogliśmy obserwować jak zamknięty kwiat japońskiej kultury powoli rozkwita przed nim ukazując coraz to nowe tajemnice, nie wszystkie, lecz część z nich.

Książkę polecam każdemu. Jest to świetny kawałek literatury, który chce się czytać i czytać, i aż żal, kiedy książka nagle się kończy. „47 Samuraj” budzi fascynację nie tylko Japonią, ale przede wszystkim fascynację zwykłym człowiekiem, który zarazem jest człowiekiem ze stali. I chce się nieśmiało uwierzyć, że każdy może być samurajem.

„Nie baw się w samuraja. Drogą wojownika jest śmierć.”*

Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać
Premiera książkowa: 26 listopad 2010
______________________________
*Cytaty pochodzą z  „47 Samuraj” Stephen Hunter 


poniedziałek, 8 listopada 2010

Wilken Bracia krwi – Di Toft



Dziś półki w księgarniach uginają się pod ciężarem książek o wilkołakach, wampirach, aniołach i innych cudach nie widach. I to półki przeróżnych działów: młodzieżowych, romansów, fantasy, science-fiction. Jednak mimo owego natłoku istot fantastycznych, Di Toft  udało się zaskoczyć czytelnika, stwarzając coś nowego.

Kto z nas w dzieciństwie nie marzył o własnym zwierzątku? Chyba tylko ten, kto owo zwierzątko posiadał. Trzynastoletni Nat Carver nie miał takiego szczęścia, więc uparcie prosił mamę i dziadków o psa. A gdy już wreszcie udało mu się postawić na swoim, w jego życiu pojawiło się coś do psa podobnego, jednak czy był to pies? Wielkie, puchate, rozczochrane, słowem dziwne. Jednak jeszcze bardziej dziwne stało się wtedy, gdy przy pełni księżyca zmieniło się w chłopca. Wilkołak? Nie do końca.

„Wilken” adresowany jest przede wszystkim do młodzieży i dzieci, jednak zachęcam także dorosłych do sięgnięcia po tę pozycję. Wesoła i ciekawa historia o chłopcu i jego „psie” wciąga od pierwszych stron, nie nuży, a zaskakuje niemal na każdej stronie. Dzięki postaci wilkena książka nie wydaje się być powielaniem tego samego, a odwrotnie, wnosi powiew nowego i świeżego.
Do tego zabawny styl autorki przez całą książkę wywołuje uśmiech na twarzy. Przy niektórych jej porównaniach bądź określeniach najzwyczajniej w świecie nie da się zachować powagi. Co jak co, ale poczucie humoru Di Toft ma, to trzeba jej przyznać. I operuje ona tą bronią w sposób doskonały, kierując nastrojem czytelnika w różne strony, na początku przeraża, a już po chwili zmusza do śmiechu.
Di Toft
Rozkochuje także w postaciach. Tworzy radosnych i optymistycznych bohaterów, którzy, nie zważając na przeciwności losu czy niebezpieczeństwa, wciąż potrafią się uśmiechać. Trochę nam brakuje takich bohaterów we współczesnej literaturze, w dobie smutnych nastrojów i depresji. Właśnie teraz książki powinny dawać czytelnikowi jak najwięcej uśmiechu, „Wilken” jest więc szczególnie dobrą pozycją na jesienne deszcze.
Grzechem będzie nie wspomnieć o okładce, która momentalnie przyciąga oczy nie tylko dzieciaków, ale i dorosłych. Trójwymiarowa, w pięknej kolorystyce, przedstawia chłopca o hipnotycznych bursztynowych oczach, który stopniowo (zależnie od kąta patrzenia na książkę) zmienia się w mordkę uroczego wilkena. Zabawa więc jest przednia, gdy ma się tę książkę w rękach, bo zanim zajrzy się na pierwszą stronę, kilka dobrych minut spędza się na zabawie okładką, która dla dorosłych stanowi znakomite preludium do magicznego świata Di Toft.

Każdy wie, kim jest wilkołak. Istnieje masa wersji i historii na temat jego pochodzenia. Filmy, książki, mity, nawet środki masowego przekazu sprzyjają naszej wiedzy na temat tego magicznego stworzonka. A co my wiemy o wilkenach? Kim są i kiedy wyją do księżyca? O tym wszystkim opowie nam pani Di Toft, wystarczy tylko sięgnąć po jej książkę i z uśmiechem na twarzy udać się wraz z Natem po jego nowego psa.

Zachęcam także do przeczytania wywiadu z Di Toft ;)

by Kikariz
Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

wtorek, 26 października 2010

Wrócę po ciebie – Guillaume Musso

Stojąc twardo w postmodernizmie i rzucając okiem na nowy realizm, żyjemy w czasach, kiedy wszystko, co nowe, już było. Stereotypy i schematy rządzą współczesnymi twórcami. Jednak są tacy, jak Neil Gaiman, którzy biorą to, co już było, i tworzą oryginalną mieszankę, która zaskakuje. A są tacy jak Haruki Murakami, którzy odrzucają wszelkie schematy i piszą powieści, które nie wpisują się w żadne ramki, tym samym tworząc niesamowicie oryginalne rzeczy. Kiedy ani jedno, ani drugie nie wychodzi, należy zastanowić się, czy warto zostać pisarzem.

„Wrócę po ciebie” to historia o takich wartościach jak miłość śmierć, i przeznaczenie. Ethan mając dwadzieścia parę lat stwierdza nagle, że chce się wyrwać ze swojego życia. Chce sięgnąć po więcej, osiągnąć szczyt i zobaczyć swoją twarz na okładce „New York Timesa”. W jednej chwili obiecuje sobie, że osiągnie to wszystko w ciągu piętnastu lat i ucieka od swojego życia, przyjaciela, dziewczyny i rodziny.
Mija piętnaście lat, Ethan jest najsłynniejszym psychologiem Ameryki, jego książki rozchodzą się niczym świeże bułeczki, sam on jest ciągle zapraszany do popularnych programów telewizyjnych, a jego twarz jest na pierwszej stronie „New York Times”.

I rzecz jasna Ethan nie jest szczęśliwy.

Przeczytałam tę książkę z trzech powodów. Pierwszym jest motto z „Cienia wiatru” (jak ktoś mi wytłumaczy, jak się ono odnosi do treści książki, będę wdzięczna, bo według mnie nijak). Drugi moment to chwila, gdy jedna z głównych bohaterek kupuje na dworcu książkę Haruki Murakamiego. A trzeci to cytat mojego ulubionego wiersza. Właśnie z tych powodów przeczytałam „Wrócę po ciebie”. Innych nie miałam. Po 160 stronach, wiedziałam, co się wydarzy na kolejnych 240.

Uczy się nas, że pytanie „co autor chciał powiedzieć” jest niepoprawne, i należy pytać „co autor powiedział’, bo chcieć to on mógł wiele. Otóż Musso chciał wiele, jednak co tak naprawdę powiedział? Osobiście widzę w tej książce chęć pisania jak Coelho, plagiat „Efektu motyla”, masę cytatów innych twórców i banał. Tę opowieść można by zmieścić na siedemdziesięciu stronach i wtedy miałaby szanse na bycie czymś. Jednak przelewana z jednego garnka do drugiego, przesiewana i przewałkowana tysiąc razy, zaczyna pachnieć tandetą. Bohaterowie są schematyczni i łatwo zgadnąć, co właśnie myślą, czują, zrobią. Do tego są martwi, nie współczuje się im, nie przeżywa, mogą żyć, a mogą umierać, to obojętne. Mimo wciskania w treść na siłę wielu wielkich słów, złotych myśli i pięknych idei, książka wydaje się pusta i mętna.

To, co najważniejsze, rozpuściło się w bagnie płytkości.

poniedziałek, 25 października 2010

Jesienne marzenia Arii


Jakoś tak dziwnie się złożyło, że tej jesieni są książkowe premiery, na które czekam z wytęsknieniem, marzę o nich i wyję do księżyca. Chyba zbliża się koniec świata, skoro w ciągu jednej pory roku będę mogła zobaczyć na półeczce 'nowości' tyle ukochanych nazwisk.

Oscar Wilde - Portret Doriana Graya

Dorian Gray jest pięknym mężczyzną. Zafascynowany jego doskonałością fizyczną malarz Basil Hallward uwiecznia go na obrazie.
Podczas prezentacji portretu, Gray wpada w rozpacz - przeraża go to, że w przeciwieństwie do postaci z obrazu - on swą urodę kiedyś utraci. Wypowiada więc życzenie: chciałby być wiecznie młody, nawet za cenę własnej duszy.
Mijają lata, a Dorian się nie starzeje. Staje się tylko coraz bardziej okrutny, rozwiązły, przestaje odróżniać dobro od zła. Dziwne rzeczy dzieją się za to z obrazem - oblicze na nim zaczyna się zmieniać. Pewnego dnia Dorian znużony dotychczasowym życiem - postanawia zniszczyć portret...

Odwieczne pytania o nieśmiertelność, o dobro i zło, genialny obraz środowiska arystokracji angielskiej, ale przede wszystkim niezwykłe studium natury ludzkiej - to składowe tej jedynej powieści, jaką napisał Wilde.
*

Tytuł oryginalny: The Picture of Dorian Gray
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Numer wydania: XII
Data premiery: 2010-09-30
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 304
Rok wydania: 2010*

Kocham! Kocham tę książkę miłością bezbrzeżną. Tyle w niej głębi, mądrości i intelektu. Rzecz jasna mam własny egzemplarz, ale jest on z lat siedemdziesiątych, a tu taka piękna twarda okładka... No po prostu... Achh!

Carlos Ruiz Zafón - Książę mgły

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.

"Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii".*
 
Tytuł oryginalny: El Principe de la Niebla
Wydawca:Wydawnictwo MUZA S.A.
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Język oryginału: hiszpański
Ilość stron: 200
Rok wydania: 2010*

Wiecie jak to jest dowiedzieć się wiosną, że w listopadzie pojawi się nowa książka Zafóna? Wiecie, jak ja bardzo cierpię czekając na nią? Wiecie, że ja nie umiem czekać? Wiecie? Czekacie ze mną? ^^

Haruki Murakami - 1Q84

Podobnie jak w "Kafce nad morzem" autor rozwija jednocześnie dwa wątki - rozdziały o numerach nieparzystych opowiadają historię kobiety imieniem Aomame, a rozdziały o numerach parzystych historię mężczyzny imieniem Tengo. Oboje w dzieciństwie się znali i wszystko wskazuje na to, że znów spotkają się dwadzieścia lat poźniej. Akcja rozgrywa się w roku 1984, więc, oczywiście, można znaleźć w niej kilka odwołań do powieści Orwella. Dominujące tematy to przemoc i okrucieństwo wobec kobiet oraz działalność sekt religijnych, przedstawionych jako organizacje fanatyczne i niebezpieczne. Wątek ten zdaje się do pewnego stopnia oparty na historii sekty Najwyższej Prawdy Aum, która w 1995 roku dokonała zamachu terrorystycznego w w tokijskim metrze. Autor buduje równoległe światy i wprowadza fantastyczne postaci, jak zawsze w mistrzowski sposób zaciera granice między rzeczywistością a literaturą.*

Wydawca: Wydawnictwo MUZA S.A.
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Ilość stron: 480
Rok wydania: 2010*
Jak się słucha takich jednych, którzy znają japoński i zachwalają 1Q84, to się płonie ogniem zarnej zazdrości. Podobno książeczka jest niesamowita, genialna i przewspaniała. Cały świat mi ją zachwala. Przekonamy się w listopadzie ^^

Trudi Canavan - Szepty Dzieci Mgły

Po raz pierwszy na świecie, opowiadania Trudi Canavan zebrane w jednym tomie. Książka zawiera teksty z różnych okresów twórczości autorki, w tym tytułowe opowiadanie od którego rozpoczęła się jej pisarska kariera.
W skład zbioru wchodzi pięć opowiadań: “Szepty Dzieci Mgły”, “Szalony uczeń – opowiadanie ze świata Czarnego Maga”, “Markietanka”, “Przestrzeń dla siebie” i “Biuro rzeczy znalezionych”. Na końcu każdego opowiadania autorka zamieściła posłowie, w którym pisze o źródłach inspiracji, pytaniach jakie zadawała sobie podczas pisania, a także o tym czego te teksty ją nauczyły.*

Wydawca: Galeria Książki
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 150
Rok wydania: 2010*
 
Za te posłowia, to ja chyba dam się pokroić! Trudi od niedawna debiutuje w gronie moich ukochanych pisarzy (pokroje tego, kto porównuje ją do Meyer, pokroję, usmażę i zasolę na zimę!). Jestem po jej cudownych trzech książkach, tuż obok mnie leży czwarta, a tu nagle pojawia się na rynku nowość. Zaledwie kilka opowiadanek... Ale jakich! Przyprawionych komentarzami samej Trudi! Chcę... 

Widzę, że wydawnictwa ładnie się przygotowują ma moje urodziny ^^ Gdyby jeszcze nie te przytłaczające ceny owych cudów, byłam bym przeszczęśliwa. Ale nie wymagajmy, biznes to  biznes. A ja nie mogę się już doczekać!

____________________